CIAT Koszęcin – III Międzynarodowy Konkurs Tradycyjnego Powożenia o Trofeum "Śląska"
5-6 sierpnia 2017 (sobota i niedziela)

Tadeusz Kołacz

Żeglarz , Muzealnik , Golfista ,....Sędzia Tradycyjnego Powożenia - Tadeusz Kołacz

Ciężko zdefiniować jednoznacznie osobę Tadeusza  Kołacza: doktor nauk, wychowawca młodzieży, biznesmen, kolekcjoner, założyciel fundacji , golfista, żeglarz, społecznik , założyciel muzeum, współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Powozowego- miłośnik powożenia tradycyjnego, organizator, sędzia ...?

100_lat_hala_stulecia_283-1_f.jpg       

Tadeusz Kołacz stoi obok holenderskiego omnibusa przy Hali Stulecia we Wrocławiu

Krzysztof Szuster:

Poznałem Cię przed kilku laty na naszych wspólnych sesjach  organizowanych przez grupę zapaleńców, miłośników historycznych powozów. Skąd u statecznego biznesmena takie zamiłowanie? Zajmowałeś się w życiu profesjonalnie windsurfingiem, żeglarstwem, golfem i nagle ......powozy? Czy wcześniej chciałeś tylko zbierać powozy i przedmioty z nimi związane, czy też marzyłeś także o powożeniu nimi?

Tadeusz Kołacz - Jako chłopak cały wolny czas spędzałem na przystani żeglarskiej remontując po sezonie wspaniałe historyczne drewniane jachty. Nauczyło mnie to szacunku do pracy rzemieślników - szkutników, którzy przed laty z wielkim kunsztem je zbudowali. Oprócz łódek mieliśmy także pojazd konny ( teraz wiem - śląską coupe),  a jako że niedaleko przystani rezydował wozak - właściciel pary siwków w weekendy pożyczaliśmy te konie i zaprzężoną w nie karetą jeździliśmy po okolicy i po Wrocławiu.

K.Sz. - Kiedy zakupiłeś pierwszy pojazd i czy był to od razu obiekt wartościowy z udokumentowanym pochodzeniem ?

T.K. - Pierwszy pojazd kupiłem 38 lat temu. Był to stojący przez kilka lat w krzakach obok przystani AWF milord z wytwórni Schustala. W tym okresie nabyłem pierwszych 9 powozów w cenach akceptowalnych dla kieszeni nauczyciela akademickiego, jednak dysponowałem polskimi adresami kilkudziesięciu pojazdów z najlepszych wytwórni europejskich, które były niestety poza moim zasięgiem. Kilkanaście lat później, gdy wróciłem do nich, okazało że ani jeden nie ostał się w Polsce.

K.Sz. - Kiedy powstała myśl stworzenia muzeum powozów i czy długo zajęło Ci wyszukanie miejsca na taką placówkę? Czy były  to od razu Galowice i czy może  rozważałeś więcej innych lokalizacji?

T.K. - Decyzję o stworzeniu muzeum podjąłem w połowie lat dziewięćdziesiątych. Posiadałem wówczas ok. 20 pojazdów ulokowanych w różnych miejscach.  Jako były belfer i społecznik uznałem że kolekcjonowanie dla samego gromadzenia pojazdów nie dla mnie sensu, że zbiór powinien służyć społeczeństwu.

K.Sz. - Czy wtedy kiedy  kupiłeś już spichlerz od razu wiedziałeś jaką funkcję będzie pełnić twoje muzeum?

T.K. - Długo szukałem stosownego zabytkowego obiektu. Wiedziałem, że powinien być w pobliżu Wrocławia. Znalazłem znakomite stajnie przy pałacu Krobielowice, ale jego właściciel zablokował

możliwość ich kupienia od Agencji Nieruchomości Rolnych, która potem wskazała mi niszczejący spichlerz Galowice. Kupiłem go w przetargu od Skarbu Państwa.

K.Sz. - Ile pracy i potu  kosztowała jego renowacja?

T.K. - Jest to zbudowany w 1730 roku największy zachowany na Dolnym Śląsku drewniany budynek gospodarczy o pow. 1200 mkw. Jego renowacja i przystosowanie do funkcji obiektu użytku publicznego zajęło mi ?....... 10 lat.

                               dscf3235.jpg

                          Szachulcowy spichlerz z 1730 r. – siedziba Muzeum Powozów Galowice

K.Sz. - Większość polskich  muzeów niewiele czasu poświęca edukacji. Odnoszę przykre wrażenie, że sami muzealnicy często zachowują się jak właściciele powierzonych im eksponatów zapominając o funkcjach społecznych placówek muzealnych. Skąd wspaniały pomysł, aby w Twoim muzeum prowadzić także działalność edukacyjną dla dzieci ?

T.K.- Dla mnie jest to naturalna i najprzyjemniejsza część działalności. Lubię ludzi, pracę z najmłodszymi, dzielenie się zgromadzoną przez lata wiedzą. W powołanej prze ze mnie Fundacji Gallen, która jest obecnie  organem prowadzącym Muzeum Powozów Galowice pracuje 5 znakomicie wykształconych pań przekazujących wiedzę na temat historii konia, transportu konnego, obyczaju, dawnych rzemiosł, życia w latach 1850 -1920. Prowadzimy zajęcia dla przedszkolaków, lekcje i warsztaty dla dzieci z podstawówek. W świetle mojej wiedzy nie ma w Europie podobie funkcjonującego muzeum powozów.

K.Sz.- Będąc w  Galowicach nie zauważyłem powszechnie stosowanych w muzeach - lin odgradzających eksponaty  od zwiedzających?  Czy to świadomy i aby bezpieczny zabieg?

T.K. - Na początku miałem  obawy. Dziś absolutnie nie żałuję decyzji o takim zorganizowaniu ekspozycji. Mimo, że większość eksponatów można dotknąć, a przez muzeum przewinęło się w ub. roku 9 tyś osób nic nie zginęło i nic nie zostało uszkodzone. Może dlatego, że wszystkich bez wyjątku oprowadzają przewodnicy.

K.sz - Działalność fundacji to nie tylko muzeum. Potrafisz zarazić swoją pasją także innych, w tym również poważne instytucje państwowe: Akademia Sztuk Pięknych, Muzeum Poczty i Telekomunikacji,  władze samorządowe, Tor Wyścigów Konnych we Wrocławiu? Niektórzy powierzają ci w depozyt swoje pojazdy lub pożyczają eksponaty?

T.K. -  Tak powinny funkcjonować współczesne muzea. Realizując misję Fundacji współpracujemy z wieloma instytucjami. Pozwala nam to na promowanie działalności Muzeum Galowice, wzbogaca nasze możliwości ekspozycyjne, wzmacnia wizerunek i przyciąga nowych gości, gdyż jako placówka pozbawiona zewnętrznego finansowania naszej działalności musimy zachowywać się rynkowo, t.j. zabiegać o klienta, nieustannie zwiększać naszą atrakcyjność. 

K.Sz - Prowadzisz w muzeum także działalność kulturalną. Zapraszasz spektakle teatralne , organizujesz spotkania autorskie, wernisaże. Czy Galowice to także miejsce spotkań dla wrocławiaków?

.K. - Galowice stały się takim podmiejskim domem kultury. Staramy się okolicznej ludności przybliżyć „kulturę wysoką”, przełamać barierę dostępu do niej. Stąd np. darmowe koncerty muzyki dawnej, wystawy sztuki wybitnych artystów, przedstawienia teatralne. Mentalna bariera jest jednak tak silna, że w większości wydarzeń kulturalnych uczestniczą głównie mieszkańcy .... Wrocławia.

K.Sz. - Z perspektywy czasu,  czy porwanie się na kupienie, opracowanie dokumentacji, odrestaurowanie i przystosowanie spichlerza do potrzeb muzeum było  właściwą decyzją?

T.K. - Uważam, że tak. Uratowałem od zagłady unikalny zabytek, który teraz tętni życiem, już nie jako magazyn zboża, a placówka kulturalna. Zajęło mi to wiele lat, ale mam sporą satysfakcję i świadomość że pozostawię po sobie coś wartościowego dla następnych pokoleń.

K.Sz. - Gdybyś miał dziś ponownie zaczynać wszystko od nowa po tych 10 latach pracy ,  po przebytych rafach związanych z powstaniem muzeum, zrobiłbyś to ponownie?

T.K. - Tych raf nie było znów tak wiele.

K.Sz.- A czy mógłbyś dać radę ,  potencjalnym chętnym do stworzenia takiej placówki gdzieś w Polsce, jak powinni postępować ? W jakie cechy charakteru powinni się uzbroić?

T.K.-  Zarządzanie projektami takimi jak renowacja historycznego obiektu i organizacja muzeum wymaga tylko: cierpliwości, konsekwencji, sprawności w kontaktach z administracją, olbrzymiej pracy i  ...... pieniędzy.

 K.Sz. - Tylko tyle ? ( śmiech)

T.K. - Jeszcze dodam do tego    ważny czynnik -  bardzo wyrozumiałej rodziny. W tym co robię znajduję przyjemność, więc odpowiadając na Twoje pytanie: ponownie zrobiłbym to samo, ale nieco inaczej.

K.Sz.-  Wobec bardzo ubogiego stanu historycznych pojazdów, które można jeszcze zdobyć w Polsce sięgnąłeś po egzemplarze z: Niemiec, Szwajcarii, Holandii. Czy Twoja muzealna kolekcja to przypadkowe pojazdy, czy masz jakiś klucz którym się posługujesz?

T.K-  Większość pierwszych pojazdów zdobyłem w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku. Jak powiedziałby Zbigniew Prus - Niewiadomski  - „toż to niemczyzna”.( śmiech) . Takie po prostu kiedyś były jedynie dostępne. Chciałem mieć jak najwięcej typów pojazdów z najciekawszych europejskich wytwórni. W tej chwili Muzeum Galowice prezentuje kolekcję konnych pojazdów którą nazwałbym europejską. Powozy pochodzą z Francji, Rosji, Czech, Niemiec , Austrii, Węgier, Holandii i oczywiście Polski. Jak stwierdził żartobliwie dyr. Muzeum Powozów w Bazylei  :

  - posiadasz w Galowicach najbardziej reprezentatywną kolekcję pojazdów szwajcarskich poza granicami Szwajcarii.

                       dscf0450_1_0.jpg

                                  Doktorka ze szwajcarskiej wytwórni Geissbergera 1896 r.

K.Sz.- W Galowicach można zobaczyć sporo przedmiotów związanych podróżowaniem powozami, z ich procesem wytwarzania, strojami , rzędami końskimi. Czy nie warto miejsca które zajmują przeznaczyć na jeszcze więcej pojazdów?

T.K. - Dawne podróże to bardzo ciekawy i mało eksplorowany  obszar muzealnictwa. Najciekawszy zbiór sprzętów używanych w podróży przez arystokrację ma Muzeum Zamek w Łańcucie. Korzystając z bliskości jedynego w Polsce Muzeum Poczty i Telekomunikacji mamy dostęp do ciekawych materiałów dotyczących m.in. podróży dyliżansami. Jeden z nich stoi w depozycie w Galowicach. Przykładowo podróż z Berlina do Warszawy takim dyliżansem trwała 14 dni. W podroży używano wielu sprzętów od ogrzewaczy po sekretarzyki podróżne. Zabierano także ze sobą własne sztućce, małe pistolety do obrony przed rabusiami, a nawet małe maszyny do szycia. W większości były to bardzo piękne przedmioty. Zupełnie innym wielkim obszarem są rzędy końskie – wspaniałe wyroby rymarzy z całego świata. Dzięki zdeponowanej w Galowicach kolekcji rzędów końskich Pawła Biczysko uzupełnionej moimi zbiorami posiadamy np. 650 kiełzn i kilkadziesiąt siodeł kawaleryjskich z kilkunastu krajów. Pojazdów konnych zachowało się sporo, ale strojów i akcesoriów podróżnych jest bardzo mało, więc trzeba zabezpieczać wszystko co się jeszcze zachowało.

K.Sz. -   Jestem także kolekcjonerem powozów i wiem, że w pewnym momencie  zaczyna brakować powierzchni do ich przechowywania. Jak sobie radzisz z tym problemem i co robisz z pierwszymi ( może mniej wartościowymi) eksponatami? Czy konieczność pozbycia  się "starego- pierwszego" eksponatu  nie boli?

T.K. - Niestety ten problem pojawił się już kilka lat temu. Miesiąc temu musiałem dobudować halę na gigantyczny konny karawan pogrzebowy oraz dyliżans pocztowy. Obydwa te pojazdy mają łączną długość 12 m, wysokość prawie 4 m i nie mieściły się w budynku muzeum. Stopniowo poprawiam też jakość eksponatów, gdyż wiele pojazdów było odrestaurowanych w celach edukacyjnych,  a nie muzealnych, co obecnie budzi moje zastrzeżenia. Corocznie dokonuję też wymiany na ekspozycji kilku „gorszych” pojazdów na ciekawsze. Pozostaje więc problem z zagospodarowaniem powozów usuniętych.

K.Sz. - A teraz przejdźmy do powożenia!  Byłeś w  ubiegłym  i w tym roku na mitingach AIAT. Na czym polega Twoim zdaniem  idea tego międzynarodowego sympatycznego stowarzyszenia? Jakie przesłanie  może dać AIAT  naszemu, jeszcze raczkującemu  powożeniu tradycyjnemu ?

T.K. - AIAT zrzesza  stowarzyszenia miłośników tradycyjnego powożenia z kilkunastu krajów,  obecnie już nie tylko europejskich. Misją AIAT jest kultywowanie i popularyzowanie sztuki powożenia historycznymi pojazdami konnymi oraz pielęgnowanie dorobku kulturowego związanego z dawnymi ekwipażami. Idea ta realizowana jest głównie przez organizowanie konkursów, prezentacji tradycyjnego powożenia oraz szkoleń. Naczelnymi zasadami w AIAT są:

  • całkowite amatorstwo uczestników konkursów!

  • nieodpłatna praca osób organizujących i sędziujących konkursy oraz szkolenia!

Konkursy tradycyjnego powożenia nie są zawodami sportowymi, lecz   są   i  powinny być sympatycznymi spotkaniami pasjonatów tradycyjnego powożenia

K.Sz- No tak, ale przecież taka praca to dodatkowe wydatki nie mówiąc o czasie, który trzeba na tę "zabawę " poświęcić?  Skąd brać na to  czas i pieniądze?

T.k. - Przyjemności kosztują. Z moich obserwacji wynika, że zagranicą organizowaniem i sędziowaniem zajmują się osoby o ustabilizowanej sytuacji finansowej, znajdujące przyjemność w działaniu na rzecz innych, poświęcające swój czas i trochę grosza realizacji wspólnej idei. Tutaj jednak wyraźnie trzeba oddzielić pracę społeczną organizatorów konkursów od kosztów organizacji samego wydarzenia. Odnośnie wolnego czasu, to wśród Polaków obserwuję jego wyraźny deficyt.

K.SZ.-  Czy twoja rodzina w pełni akceptuje twoje hobby, a raczej pasję i czy będziesz miał następcę?

T.K. -  Miałem w życiu trwające po 15 lat pasje, którym się oddawałem bez reszty. Rodzina je akceptowała oraz często w nich uczestniczyła. Obecnie sportowe pasje kontynuuje młodsza córka, a starsza jest menedżerem w Galowicach, zarządza organizacją imprez i często oprowadza po muzeum cudzoziemców.

K.Sz. - Dlaczego mając własne muzeum, pracę zawodową czynnie włączyłeś się przed laty w tworzenie Polskiego Towarzystwa Powozowego  i jakie  zadania  powinna stawiać sobie ta organizacja

T.K. - Cele określa statut PTP...

 K.Sz.- Który jest w większości Twojego autorstwa .

T.K.- Tak. Wcześniej aktywnie wspierałem Prezesa Stowarzyszenia Miłośników Powozów i Zaprzęgów i uznałem, że tworzące się Polskie Towarzystwo Powozowe będzie znakomitym kontynuatorem jego działalności poszerzonej o cały obszar tradycyjnego powożenia.

K.Sz. - Podczas zebrania powołującego do życia PTP jednogłośnie zostałeś wybrany do zarządu. Objąłeś funkcje vice prezesa do spraw muzealnych. Z jakiego powodu zrezygnowałeś  w połowie kadencji  z jej pełnienia?

T.K.- Przyczyny rezygnacji podałem prezesowi PTP i nie chcę dla dobra Stowarzyszenia ich teraz upubliczniać.

K.Sz . -  Jaką radę dałbyś  zarządowi, aby nasza organizacja nie stała się tylko fasadą do działalności zawodowej kilku osób, a w pełni bezinteresownie popularyzowała m.in. ideę tradycyjnego powożenia?

T.k. - Tak małe stowarzyszenie jak PTP powinno być organizacją członkowską, a nie wodzowską. Każdy członek powinien mieć prawo do własnej aktywności, realizacji własnych pomysłów zgodnych z celami PTP, nawet jeżeli nie odpowiadają któremuś z członków zarządu. Każdy powinien mieć prawo dostępu bez cenzury do kontaktu z pozostałymi członkami poprzez Biuletyn PTP lub stronę internetową. W końcu uważam, że członkami PTP powinni być tylko  pasjonaci - amatorzy, kolekcjonerzy, a zawodowcy powinni mieć status członków wspierających lub być sponsorami stowarzyszenia.

K.Sz.-  Jesteś żywo zaangażowany  w organizację pierwszego międzynarodowego konkursu tradycyjnego powożenia  w siedzibie Zespołu Śląsk w  Koszęcinie. Czy uważasz, że jako Polska mamy

szansę tak rozwinąć ruch tradycyjnego powożenia jak to jest we  Francji, Hiszpanii, Niemczech  czy Szwajcarii? Co powinniśmy robić aby spopularyzować to sympatyczne hobby ?

T.K. - Przez dwa lata z przyjemnością współorganizowałem konkurs w Książu i widzę jego znaczący wpływ na rosnące zainteresowanie tradycyjnym powożeniem w Polsce. Jest w kraju mnóstwo znakomitych powożących, mamy wspaniałe konie, powozy. Widzę jednak  niedostatek działań popularyzujących, brakuje wiedzy na temat tradycyjnego powożenia, odwagi by wziąć udział w konkursie jawiącym się niektórym jako elitarny, rozpowszechnienia informacji w lokalnych  środowiskach osób powożących. Powinno być organizowanych także więcej, w różnych częściach Polski konkursów, parad, pikników tradycyjnego powożenia. Nie muszą brać w nich udział tylko pojazdy dżentelmeńskie, mogą być to dowolne pojazdy historyczne, nawet furgon piekarski, byle cały ekwipaż był harmonijnie zestawiony.

K.Sz.- Uzyskałeś , jako pierwszy i na razie jedyny Polak, uprawnienia sędziowskie AIAT. Jakie warunki trzeba spełnić aby zostać sędzią w międzynarodowej organizacji AIAT ( do której w tym roku Polska  przystąpiła)?

T.K. - Trzeba ukończyć dwa szkolenia sędziowskie organizowane i prowadzone  przez prezydenta AIAT  oraz odbyć dwa staże przy sędziowaniu  w konkursie międzynarodowym.

072_2.jpg

Raimundo Coral i Tadeusz Kołacz podczas sędziowania w La Venaria Reale

K.Sz.- Koszęcin będzie dla Ciebie premierą  samodzielnego sędziowania i czy w związku z tym będziesz bardziej wymagający?

T.K. - Myślę, że jestem wymagający, ale nie srogi. Sędzia w konkursach tradycyjnego powożenia nie powinien psuć przyjemności uczestnikom konkursu, np. wypowiadając podczas prezentacji krytyczne, stresujące powożącego uwagi. Na wskazanie i omówienie błędów jest czas po konkursie przy kieliszku wina. Sędzia „nie zjadł” wszystkich rozumów i jeżeli  ma wątpliwości dotyczące jakiegoś elementu powinien poprosić powożącego o wyjaśnienie. Przykładowo,  pamiętasz sam  z twojego występu pierwszy raz za  granicą, pewien sędzia nie znając polskiej tradycji zaprzęgania w piątkę,  uważał  że jest to właściwe tylko dla Hiszpanii i Węgier. Po  Twoim wyjaśnieniu   uznał  to za zgodne z naszą tradycją powożenia .

 K.Sz. - Masz wspaniałą wiedzę muzealną o powozach. Zdobyłeś wiedzę w zakresie sędziowania  w konkursach tradycyjnego powożenia. Jako młode chłopie -" powoziłeś śląską karetą coupe ". Wiem, że za chwilę wróci do Ciebie z renowacji historyczny cabriolet na resorze C, znakomicie nadający się tradycyjnego powożenia. Zawsze mi powtarzasz, że zamierzasz wrócić do powożenia. Kiedy  wreszcie znajdziesz czas aby zrealizować to kolejne marzenie?

T.K.-  Już wkrótce ( śmiech) pojadę podobnym cabrioletem

kabriolet_2.jpg

K.Sz.- Czego Ci życzyć przed  debiutem w Koszęcinie?

 T.K. - Nie tylko mnie i nie tylko w Koszęcinie. Wszystkim powożącym i organizatorom konkursów zarówno w Książu jak i w Koszęcinie życzę pięknej pogody i przyjemności z uczestniczenia w tych wspaniałych wydarzeniach

K.Sz.- To miłe zakończenie do którego i ja się dołączam. Dziękuję za rozmowę .

Polski