CIAT Koszęcin – III Międzynarodowy Konkurs Tradycyjnego Powożenia o Trofeum "Śląska"
5-6 sierpnia 2017 (sobota i niedziela)

Marek Doruch

 

Krzysztof Szuster: - Wywiad z Tobą to trudne dla mnie zadanie. Nie mam do ciebie obiektywnego stosunku! ( śmiech). Kiedy po raz pierwszy o Tobie usłyszałem od razu  Ci zazdrościłem !

Marek Doruch : - A to czego ?

K.Sz. - Zazdrościłem Ci udziału w konkursach tradycyjnego powożenia. Ja o nich marzyłem przez  lata, a Ty startujesz w nich od ponad 10 lat. Jak zaczął się  twój romans z AIAT?

M.D - W 2004 r., dostałem zamówienie na budowę  reprezentacyjnego powozu „Caleche a’ la Dumount”, właśnie na zawody tradycji. Spytałem wówczas zamawiającego, który był organizatorem zawodów, czy miałby dla mnie konia, którym mógłbym wystartować. Moja  dobra opinia o umiejętnościach w powożeniu skłoniła go do pożyczenia mi koni. Pierwszy start był bardzo udany, muszę jednak przyznać, że w tych latach przeszkody były łatwiejsze.

K.Sz  -  Obserwowałem Cię na zawodach w Lostallo,  a raczej niemieckich, szwajcarskich, belgijskich uczestników, którzy  podchodzili do Ciebie i  Twojej żony i niezwykle sympatycznie  witali się z Tobą? Czy to osobisty wdzięk i uroda żony, czy wasze wieloletnie kontakty z rodziną AIAT-owców?

M.D - Pierwszej części pytania nie zaprzeczę / śmiech /

Ponad 20 startów w różnych krajach spowodowało, że z większością zawodników jestem zaprzyjaźniony. Często wspólnie idziemy na kolację, grillujemy, czasem przy stole jest nas 30-40-tu. Wielu zawodników, to nasi klienci. Generalnie, są to bardzo mili ludzie, zajmujący się przeróżnymi profesjami. 

cuts7072_2.jpg       cuts2164.jpg

K.Sz -  Od kiedy jesteś związany z końmi, powożeniem i powozami? Czy to tradycja rodzinna?

M.D.- Moi rodzice, po wojnie, opuścili wieś i osiedlili się w Legnicy, gdzie w latach sześćdziesiątych funkcjonował jeszcze transport konny. Podobno, próbowałem wyskakiwać z wózka dziecinnego, aby nawiązać kontakt z końmi.  / śmiech /Później każdy wolny czas i wakacje spędzałem na wsi „ przy koniach”.Zawsze fascynowało mnie jak konie pracują w zaprzęgu i przy napędzaniu maszyn rolniczych. W szkole średniej trenowałem już jeździectwo pod okiem Andrzeja Sałackiego. Na bardzo intensywnych zajęciach zgłębiałem sztukę i metody pracy z końmi. Byłem, między innymi Vi-ce mistrzem Polski w ujeżdżeniu młodych jeźdźców. Później zostałem instruktorem sportu, prowadziłem klub jeździecki . W latach dziewięćdziesiątych, postanowiłem założyć stajnię zaprzęgową, układaliśmy konie do zaprzęgu, już z żoną, która ma również „ pochodzenie” jeździeckie. Były przy tym potrzebne powozy i ciągłe ich doskonalenie. Tak powstał zakład „ powoźniczy”. Teraz, jak na to spojrzę, to koń wysterował całym moim życiem, bo dalej i tak się nic nie zmieni /śmiech/

K.Sz. Czy byłeś także hodowcą ?

M.D. - Takim rasowym hodowcą nie, chociaż parę klaczy się u nas wyźrebiło, ale raczej z przypadku

K.Sz. - Studiując historyczne wyniki  konkursów tradycyjnego powożenia zauważyłem, że wielokrotnie jeździłeś końmi niemieckimi, francuskimi, szwajcarskimi ? Skąd taki rozrzut?

M.D. - Pracując wcześniej z ogromną ilością koni, pozyskałem łatwość „ dogadywania” się z nimi. To jest tzw. „wyczucie jeździeckie”. Ważne , kiedy i jak  na konia zadziałać aby uzyskać optymalnie najlepszy efekt. Mam zawsze ogromną satysfakcję, gdy konie czegoś nie robią, a po pół godziny jazdy, udaje mi się  naprowadzić je na tzw. „ właściwy tor”. Między innymi , dlatego zawsze chętnie konie były mi pożyczane. Koledzy z różnych krajów zawsze mieli pewność, że konie są zadbane i optymalnie prowadzone. Dla mnie jest to też korzystne, bo mogłem startować między innymi, koło Marsylii / odległość 1800  km/, dokąd przewóz koni jest już pewnym wyzwaniem.

K.Sz. Restaurujesz stare historyczne powozy. Gdzie zdobyłeś praktykę i wykształcenie w tym kierunku?

M.D.—Niestety nie ma takiej szkoły, która obejmowałaby całość zagadnień budowy powozów, gdzie skupia się wiedza stolarza, kowala, kołodzieja, tapicera, lakiernika , ślusarza i innych pobocznych. Moje wykształcenie mechaniczne, zdolności manualne, odwieczne zainteresowanie budową starych powozów, dały dobry początek gdy otwierałem firmę  w 1991 roku.  

K.Sz. -  Budujesz także nowe powozy. Czy masz jakiś typ w którym się specjalizujesz lub czy jest jakiś typ który szczególnie lubisz budować?

M.D. --  W przyszłym roku obchodzimy 25 lecie działalności zakładu. Przez ten okres udało nam się zrealizować wiele ciekawych projektów. Za najważniejsze uważam : Gotthard Post Kutsche – największą Szwajcarską Pocztę, Europa Kutsche, Hotelowy Omnibus z St. Moritz na 20 osób, wóz piwny dla niemieckiej Firmy Haake Beck o ciężarze prawie 5 t oraz wiele innych. Zawsze chętnie podejmuję trudne wyzwania, takie które innym seryjnym producentom stwarzają problemy. Jest przy tym okazja aby zgłębić rozwiązania i szczegóły starych produkcji.

caleche_ala_dumont.jpg                     pocztowiec.jpg

                          Caleche a'la Dumont                                                                                                        Pocztowiec

K.Sz. Marku, jesteś poważanym restauratorem i producentem powozów. Co sądzisz o koszmarkach jeżdżących dziś po krakowskim Rynku, czy warszawskiej Starówce? Przecież i do Ciebie muszą przyjeżdżać potencjalni nabywcy tych - pseudo lando z obowiązkowym kuferkiem z tyłu? Co im odpowiadasz i czy próbujesz ich "nawracać" ?

M.D. - Na szczęście mamy jeszcze dużo zamówień na klasyczne powozy i nie produkujemy tych, o których mówisz. Sądzę , że przyczyna leży po stronie zamawiających. Określają oni status pojazdu. Myślę, że nasi producenci stanęli by na wysokości zadania, gdyby mieli odpowiednio sprecyzowane oczekiwania odbiorców. Patrząc na te pojazdy wydaje mi się, że muszą być jak największe, jak najdłuższe, najokazalsze. Tradycyjne piękno i proporcje schodzą na dalszy plan, często dla wygody pasażerów lub powożącego, są obarczone jakimiś „ gadżetami”. Na przeciętnym turyście taki pojazd robi wrażenie, ale dla konesera niestety jest jak mówisz koszmarkiem wołającym o pomstę do nieba.

K.Sz. - Jakie jest Twoje zdanie na temat instalowania hydraulicznych hamulców w starych powozach? Czy poprawianie XIX wiecznych konstruktorów uważasz za dobre, czy nie?

M.D. - Gdy popatrzymy na przekrój powozów w Europie, to na terenach płaskich, Holandia, Belgia, Północne Niemcy zazwyczaj nie były stosowane żadne hamulce. Na terenach górzystych, zawsze je stosowano, ponieważ konie nie są w stanie utrzymać cięższego pojazdu na dużym nachyleniu, przede wszystkim ręczny hamulec na tylną oś, kręcony lub pchany dźwignią ręczną. Sądzę, że gdyby w tamtych czasach znano technologię hamulca hydraulicznego na pewno by go stosowano, były już przecież powozy z hamulcem bębnowym, taśmowym. Dla eksponatu muzealnego nie jest to konieczne, ale w codziennym użytkowaniu często się przydaje i sądzę, że dzięki temu uniknięto wielu wypadków.

omnibus_przed.jpg             omnibus.jpg

                             Omnibus przed renowacją                                                                              Omnibus po renowacji

K.Sz. - Znasz doskonale przepisy AIAT. Jaki powóz, uprząż, konie powinny być używane aby, osiągnąć w tradycyjnym powożeniu sukces?

M.D. - Oczywiście, cały zaprzęg musi harmonizować, ale gdyby założyć, że mamy złożone idealnie zaprzęgi wszystkich stylów i typów, to jednak wydaje mi się, że styl angielski jako najbardziej reprezentacyjny dominuje.

K.Sz. - Czy można po prostu wystartować czymkolwiek, byle było czyste oraz schludne i liczyć na dobre miejsce poprzez dobrze przejechany konkurs zręczności i próbę terenową?

M.D. - To było możliwe 10 lat temu, obecnie poziom zaprzęgów bardzo się podniósł. Przepisy AIAT preferują pojazdy stare stosując mnożnik punktowy dla historycznych x 3. Przejazdy nie są wyjątkowo trudne technicznie, a przy tym startują też zawodnicy z „ najwyższej półki „, jak choćby Felix Brass…. czy  Henk van der Viel. Obecnie trzeba mieć bardzo dobry zaprzęg i  bezbłędnie pokonac wszystkie próby, to jedyna rada na sukces.

K.Sz.- Organizowałeś pierwszy konkurs w Książu w 2013 i 2014 roku . Wtedy  było wielu sceptyków. Poradziłeś  sobie. Jak teraz z perspektywy czasu oceniasz rozwój tego ruchu w Polsce?

M.D.  - Zanim odbył się pierwszy konkurs w Książu, już dwa lata wcześniej podejmowałem próby jego  organizacji. Na początku nie było specjalnego zainteresowania. Jednak po pierwszym konkursie, (do udziału w nim wręcz przymusiłem  kolegów ze Szwajcarii i Niemiec), sądzę że tak rozbudziliśmy „ apetyty” powożących, że nastąpiła wręcz eksplozja, wysyp nowych powożących, których to po prostu „ wciągnęło”. Bardzo mnie to cieszy, a poziom większości zaprzęgów stawia nas bez kompleksów na równi z poziomem zagranicznych. Można powiedzieć, że od razu wystartowaliśmy z górnego pułapu

K.Sz. - Bywasz na corocznych spotkaniach i szkoleniach AIAT. Co w nich jest takiego, że chce się tam każdorazowo wracać?

M.D. - Wszystkie spotkania są doskonale zorganizowane, odbywają się wręcz w rodzinnej atmosferze, są połączone ze zwiedzaniem najciekawszych miejsc, oczywiście związanych z powożeniem np. Stajnie Królewskie w Londynie . No i część główna obejmuje relacje poszczególnych krajów z rozwoju tradycyjnego powożenia, doskonalenie przepisów, wnioski, uwagi, powiedzmy, że coś na wzór posiedzenia zarządu.

K.Sz. - Pośród polskich "tradycyjnych zaprzęgowców"  jesteś postrzegany jako przyjaciel baronowej de Langlade. Kiedy o cokolwiek ja zagadywałem zawsze pytała mnie - " a co o tym sądzi Marek "? Skąd się  wzięła ta przyjaźń?

M.D.- Baron i Baronowa mają wielki sentyment do Polski,  cenią nasze wartości : Chopin, Łańcut , Kraków, Książ. Przez okres tych wielu lat odbyliśmy  szereg rozmów.  Baronowa jest osobą bardzo kontaktową, taktowną, ale jak trzeba podejmującą trudne tematy. Obecnie postrzegany jestem jako ambasador Polski w kwestiach zawodów tradycji. Pamiętam, jak po paru latach uczestnictwa w spotkaniach AIAT spytała, czy Polska będzie chciała przynależeć i czy w ogóle to nastąpi? Odparłem, że czynię starania w tym kierunku i że zrobimy pierwsze zawody tradycji w Polsce i będzie to sukces. Tak też się stało.

K.Sz. - Na czym polega pewna ostrożność członków AIAT z innych państw. Zawsze pytają tak jak Baronowa -  a co na to Marek ? Czy on w tym bierze udział? Czy oni potrzebują więcej czasu, aby „nowych"  zaakceptować?

M.D. - Zarząd AIAT i zawodnicy, często w jednej osobie, oczekują gwarancji oraz przewidywalności. Kiedy np. jadą 1000 km na zawody, to chcą spotkać to co im obiecano. Nie chodzi o pulę nagród, czy ranking. Chcą mieć dla siebie i swoich koni zapewnione dobre warunki, a przede wszystkim  zastać dobrą atmosferą i pomoc w razie konieczności. Ważne jest aby nie zawieść swoich partnerów. Jest im potrzebny ktoś , kto zna konkursy tradycji i ich niuanse .

K.Sz. – W ostatnich latach przyjęto wiele nowych państw do AIAT. Które z nich są wiodące w tej organizacji?

M.D. -  Szwajcarzy przez ostatnie 10 lat dokonali ogromnego postępu w jakości i ilości zaprzęgów oraz zwiększyli ilość organizowanych zawodów do ok. 10-12 . W ostatnich 4-ch latach zrobili to również Włosi. Posiadają piękne zaprzęgi i miejsca rozgrywania konkursów. Austria i Słowacja natomiast, nie poczyniły żadnych postępów.

K.Sz. - Według Ciebie na  modelu którego państwa powinniśmy się wzorować czy też powinniśmy wypracować własny?

M.D. - Uważam, że wzorcem powinna dla nas być Szwajcaria. Mają dużo zawodów, również regionalnych, przejazdów, spotkań. Dzięki zaangażowaniu własnemu i lokalnej społeczności, potrafią wszystko zorganizować, przy niewielkim wsparciu sponsorów.

K.Sz.   -  W tym roku organizowane są w Polsce dwa konkursy w Książu i w Koszęcinie. Jak uważasz, czy powinniśmy wzorem państw zachodnich organizować ich więcej ?

M.D. - Absolutnie, jeden konkurs to za mało. Wyobraźmy sobie, że  komuś zakuleje koń przed zawodami, wtedy musi pauzować 2 lata. Już na dzisiejszym etapie rozwoju tradycyjnego powożenia takich konkursów, prezentacji moze być ok. 6, zwłaszcza, że od lat odbywa się kilka regionalnych imprez o podobnym charakterze np. Wielka Pniewska.

K.Sz. -  Zarząd AIAT przy każdej okazji  podkreśla, że praca członków, sędziów w tej organizacji powinna opierać się na pracy społecznej. Jak  przełożyłbyś to na polskie realia?

M.D.- Ogólnie ujmując, uważam że organizacją zajmować się powinni się  prawdziwi pasjonaci, ludzie niezależni finansowo tacy, powiedzmy sponsorzy, którzy mogą wnieść coś do organizacji, a nie osoby oczekujące finansowej korzyści. 

K.Sz. -  Czy ruch tradycyjnego powożenia, według Ciebie ma szansę na wyjście na szerokie wody w Polsce, czy pozostanie zabawą grupki zapaleńców ?

M.D. - Uważam, że  już wypłynęliśmy na szerokie wody. Może jeszcze nie największym okrętem,  ale  jestem pewien, że tradycyjne powożenie będzie miało coraz większe rzesze zwolenników.

Wywiad przeprowadził w dniu 15 lipca 2015 Krzysztof Szuster

 

Polski